Opowiastki

Opowiastki smutne i wesołe, poważnie i niepoważne… targowisko rozmaitości.

Chińska lampka

Przy samym wejściu były zdjęcia. Niektóre czarno białe i podniszczone, inne kolorowe i o parę pokoleń do przodu. Na czarnobiałych był mężczyzna lub kobieta. On w mundurze, na motocyklu, przed domem. Mężczyzna właściwie podobny do mężczyzny. Ani ładny ani brzydki. Ona w sukience z białym kołnierzykiem, delikatna, raczej drobna z burzą loków, grzecznie upiętych po bokach. Wygląd ludzi skrywa tajemnice, zagadki do rozwiązania na całe życie.

Na kolorowych zdjęciach były dzieci, dwie dziewczynki o blond włosach i ze czterech chłopców. Uśmiechnięte kilkuletnie dzieci, tak nas widział dziadek całe życie.

Dalej rzucał się w oczy wypchany bocian. Białoczarny nastroszony olbrzym. Dziadek twierdził, że szykuje się do odlotu. Miałam raczej wrażenie, że do straszenia nieproszonych gości. Rozpostarte skrzydła, otwarty dziób i poza jak do ataku.

W pokoju był też wielki kredens z kryształami, co było ówczesnym szczytem marzeń gospodarstwa domowego i zwyczajnie siedliskiem kurzu, przynajmniej u dziadka. Kredens stał na wysokich nogach. A pod kredensem raj zwierzęcy: wypchane kuna i tchórz, plastikowe szczury i myszy. Do tego cała armia miniaturowych żołnierzyków, setki. Kupowane hurtem w kiosku ruchu, który był oknem na świat. Nawet, jak dziadek miał jakiś model, to i tak kupował następne.

Na środku stał naprawdę duży duży stół. Niczym się nie wyróżniał choć straszyły na nim ze cztery popielniczki pełne petów.

W różnych miejscach porozrzucane były kiczowate wazony, z których wynurzały się sztuczne kwiaty. Na ścianach wisiały jakieś jastrzębie i inne wypchane ptactwo. W rogu kucała mała toaletka z wysokim lustrem. Na toaletce buteleczki perfum. Kilkadziesiąt. Większość również z kiosku ruchu, ale były też perełki np. z Paryża. Był zakaz zbliżania się do toaletki a tym bardziej otwierania perfum. Naruszenie groziło czasowym zakazem przebywania w dużym pokoju. Zakaz był łamany nagminnie i perfumy wietrzały lub śmierdziały.

Była też wersalka. Wszędzie były wtedy takie wersalki. Nakryte śliską niemiłą w dotyku kapą z falbanką. Najlepiej się po takiej wersalce skakało. Była awantura jak się kapa podarła przy tych skokach, ale o dziwo wersalki były chyba ze stali. Nie pamiętam żadnej, która by się zapadła lub połamała.

I telewizor, zapewne Rubin. W sumie nie oglądaliśmy telewizji, nie było na to czasu przy innych atrakcjach dużego pokoju. Ale na pewno był na nim żywy kwiatek. Bo było też parę żywych roślin. Paprotki i geranium. Ta ostatnia była u dziadków wszędzie i rozsiewała zapach, którym przesiąkaliśmy. Nasze gonitwy kończyły się przewróceniem geranium lub wazonu. Wazon czasem się utłukł ale starczyło go przekręcić i było po sprawie. Bywało, że się rozbijał, ale nie było takiego wazonu, którego dziadek by nie skleił. To też miało swój urok, bo w pokoju pojawiały się nowe przedmioty, ale niczego nie ubywało. Nic też nie znikało, zapewne dlatego, że dziadek rzucał okiem na swoje skarby od razu było wiadomo, czy czegoś nie wynosimy. Zdemaskowani raz i drugi, mieliśmy jasność, że wszystko zostaje w pokoju. Zresztą, kto by chciał wynosić bażanta, czy jednego żołnierzyka. Pojedynczo przedmioty nic nie znaczyły, dopiero razem to wszystko nabierało sensu i atrakcyjności.

Całość wystroju dużego pokoju dopełniały chińskie lampki rozwieszone tu i tam. Podobne widzę czasem w barach z chińszczyzną. Ale wtedy… Rozświetlały pokój, migotały kolorami i rzucały cienie smoków na ściany.

To wszystko było dziecięco magiczne. Idealne miejsce do zabaw pełne wyobrażanych tajemnic i słodkich dziecięcych przygód. Przeżywaliśmy tu nie jedno życie i nie jedną historię.

Duży pokój dziadka i babci. Choć ani on ani ona nie wyglądali na taki pokój. Co jeszcze tam było, czego wtedy nie znalazłam, myślę…

Kaczeńce

Po nocach w warsztacie dziadek wypychał zwierzęta i nie wolno było tego dzieciom oglądać. Klienci przychodzili późnym wieczorem. Przynosili tobołek, a w nim spętane zwierzę.

Te zwierzęta ledwo się ruszały i nigdy nie wydawały dźwięków. Miały ślepia zmęczone walką i bezradnością. Musiały być żywe, dlatego podtrzymywano je przy życiu. Dziadek zabijał je delikatnie, żeby niczego nie uszkodzić, szczególnie łba.

Potem dziadek szybko patroszył, aż w końcu zostawała sama skóra. Zanim jeszcze ostygła, dziadek wypychał całość czymś w rodzaju kadłubka z lnianych włókien owiniętych na drutach, które trzymały konstrukcję. Wszystko to było nasączone bardzo intensywnie naftaliną, która zabezpieczała zwierzę i umożliwiała wyschnięcie bez zepsucia. Drutów było kilka: do nóg, skrzydeł, głowy i ogona. Druty z nóg dziadek wbijał w deseczkę, na której montował wypchane zwierzę.

Oczy zwierząt były wycinane z listków po tabletkach. Dziadek miał w zapasie różne listki pomalowane od środka farbkami. Czarna kropka a wokół żółty, czerwony, niebieski…  Zanim dziadek zabił zwierzę przygotowywał parę oczu, dopasowując je do wielkości zwierzęcia. Te oczy były nienaturalne i kojarzyły mi się ze śmiercią.

Dziadek pracował szybko. Musiał zdążyć zanim zwierzę będzie zimne. Z czasem skóra szybko traciła elastyczność i zaczynała pękać, a wtedy wszystko było do wyrzucenia.

Parę dni wypchane zwierzę suszyło się w warsztacie, a później wędrowało najczęściej do jakiegoś dużego pokoju jako dekoracja.

Wypchane zwierzęta wcale nie sprawiały wrażenia milutkich i na wszelki wypadek ich nie dotykaliśmy. Patrzyły kolorowymi ślepiami bez wyrazu w zupełnej niezależności od barw natury. Zwykle dziadek ustawiał je w jakieś dziwnej pozie, jakby scenie z życia, co nigdy mnie nie przekonywało.

Bażanty miały piękne pióra. Rudy kolor w wielu odcieniach, szmaragdowy grafit na łbie. Pojawiały się u dziadka najczęściej. W naturze były szybkie i płochliwe. Zimą podchodziły do gospodarstw za jedzeniem. Babcia je karmiła ziarnem z fartucha. Patrzyłyśmy wtedy na nie, nic nie mówiąc. Żywe były fascynująco eleganckie. Poruszały się delikatnie i uroczyście.

Pamiętam z dzieciństwa smak bażanta i kuropatwy. Pamiętam to dzikie mięso, ciemne i zwarte o intensywnym smaku. Przetwarzałam odpad z zajęcia dziadka. Byłam na niego podwójnie wściekła. Że dobija te zwierzęta i, że potem to ląduje na stole.

Ten sam dziadek całymi dniami chodził po lesie, obserwując żywe cuda. Uwielbiał wiosną kaczeńce. Te kwiaty więdną bardzo szybko i nawet jak uda się je dowieźć do domu, nigdy nie wyglądają tak pięknie jak w naturze. Nie można ich też ususzyć. Można jedynie zachować w pamięci podmokłe polany pomalowane na złoto żółto rośliną zachwycającą i trującą.

Kiedy byłam na dziadka wściekła, łaziłam w butach po łące i dawałam mu bukiet mówiąc, że to jego bażanty. Nie rozumiał on i nie rozumiałam ja. Kochałam go i nienawidziłam. Przemoknięte buty chowałam przed mamą. Emocje chowałam w piwnicy duszy. Dziadek chciał dostawać kaczeńce na grób. Takie miał marzenie. Ja wolałam na grób konwalie. Trujące i trwałe, a w maju pełno ich w lesie, kiedy wiosna szaleje.

Brązowy

Śpię i nie śpię. Czy mogłabym pójść do toalety? Nie wolno Pani wstawać. Dźwięki, ludzie, obrazy kolorowe. Ktoś mnie pyta, czemu się śmieję. Jakaś zdaje mi się piękna kobieta. Nie wiem, co mnie tak śmieszy. Wszystko mi się miesza. Jestem głodna, tak koszmarnie głodna, że muszę stąd uciec. Nie wolno Pani jeść. Nic nie czuję. Nic mnie nie boli. Momentami nie słyszę siebie. Tylko myśli słyszę. Tylko… I ten głód. Nawet nie wiem, czy prawdziwy.

Nie śpię. Leżę i, jak się ruszam, umieram z bólu. Chyba świat o mnie zapomniał. Obok mnie ona. Cicha jakaś. Śpi. Mogli ją położyć obok dowolnej kobiety. Zapewne spałaby tak samo. Niech Pani wstanie. Wstaję i skręca mnie ból. Teraz już będę stała do końca życia. Już więcej nie położę się i nie wstanę. Przecież pęknę na pół. Jestem głodna. Wściekle głodna. Nie wolno Pani jeść. Wrzaski, pełno ludzi, obłęd jakiś, a ona śpi.

Jem. Nieważne, co. Zjem cokolwiek dostanę. Za oknem zima. Śnieg i mróz. Dla mnie świat stanął w miejscu. Nie wiem, co było i co będzie dalej. Obudziłam się kimś innym. Będę się uczyć życia od nowa. Będę się uczyć siebie i jej. Obudziła się. Spojrzały na mnie moje brązowe oczy. Kompletnie się nie znamy, ale jakimś cudem przy mnie usypia. Jest głodna.

Babcine wycieczki

Jeździłam do babci rowerem. Dwa kilometry w jedną stronę przez wieś. Po szkole, w soboty, często. W sobotę świtem babcia piekła chleb. Żytnio pszenny na zakwasie. W brytfankach jak ciasto wyglądał jak prostokąt a nie jak sklepowy bochenek. Pieczenie było w sobotę, żeby starczyło na tydzień, siedem brytfanek na każdy dzień. Najlepszy chleb był jeszcze ciepły. Zaraz po wyjęciu chleba z pieca. Do tego, z rannego mleka, babcia robiła masło. Smakowało prosto maślanie. Lądowało na chlebie zanim znalazło się w lodówce, dlatego nie miało żadnych innych aromatów. Na koniec babcia robiła biały serek. Nie był prawie w ogóle odciśnięty. Ciepły jeszcze był zjadany. Delikatny jak puszek. Wyjątkowo smakował też tylko zaraz po zrobieniu.

Świeży chleb, masło i ser, latem szczypiorek, to był babciny sekret na jedzenie doskonałe. Nigdy chleb nie smakuje tak, jak po wyjęciu z pieca. Masło jest idealne po zrobieniu. Jest wtedy delikatnie mleczne i rozpływająco się tłuste. Wystarczy kilka minut w lodówce i smak znika nawet jeżeli nie pod wpływem innych aromatów z lodówki, to ten maślano mleczny nie jest tak intensywny. A serek babci jest dla mnie jedzeniowym marzeniem. Była w nim niepowtarzalność aromatycznej chwili. Babcia robiła go tylko tyle, żeby zjeść od razu. Po godzinie albo po schłodzeniu był już innym serkiem.

Babcia miała dla mnie taki zestaw, jak wiedziała, że przyjadę. Jadłam, jakbym nie widziała jedzenia. Babcia kroiła chleb dużą kromką. Smarowała tym masłem dosadnie, a na to kładła serek. Może dorzucała tam duszę, dlatego tak smakowało.

Zajadałam, siedząc na schodkach przed wejściem. Opowiadałam babci przy tym różne historie. A babcia słuchała. Jak już nie było serka jadłam sam chleb z masłem.

Później wędrowałam na strych. Siedziałam tam godzinami, czytając podręczniki szkolne taty i jego rodzeństwa. Babcia to wszystko trzymała nie wiadomo po co. Może na rozpałkę do pieca. Czasem wybierałam sobie jakąś książkę i zabierałam ze sobą. Babcia nie była najszczęśliwsza z powodu tych wędrówek, choć opowieści lubiła. Strych był zakurzony i ja też wracałam zakurzona. Potem rodzice denerwowali się na babcię za te wycieczki, choć naprawdę były głównie historyczne. Nikt nie rozumiał, dlaczego w średniowieczu kobietom golono część włosów, żeby było wyższe czoło. Takie opowieści zdawały się moim bajkowym dziecięcym wymysłem…

Jedna myśl nt. „Opowiastki

Odpowiedz na „MałgośkaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>